czwartek, 15 czerwca 2017

ABU DHABI




Dzisiaj po porannej jodze pojechaliśmy do Abu Dhabi. W stolicy Emiratów Arabskich planowaliśmy zobaczyć słynny meczet, hotel Emirate Palace oraz oczywiście tor Formuły 1. Po półtorej godzinie dojechaliśmy do meczetu Szejka Zayeda i chociaż ubrani byliśmy zgodnie z ich dress codem to i tak dali nam stroje do przebrania.

Nie chcę Was zanudzać, ale szczerze pisząc to bark mi słów, aby opisać Ten Meczet. Budowano go 12 lat, z całego świata ściągano najlepsze materiały do wykończenia i wystroju obiektu. Budowla jest symbolem otwartości i nowoczesności Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Kiedy tam weszłam, to chyba odezwała się moja wrażliwość na piękno. Rzadko się to zdarza, ale w tym wypadku brak mi słów…. 


Ok, ale spróbuję. Moim zdaniem jest to jedno z najpjęknieszych miejsc na świecie jakie widziałam. Meczet jest naprawdę imponujący w każdym calu, dopracowany w najmniejszym detalu i przeogromny. A jednocześnie bardzo spójny architektonicznie i taka dobra energia tam jest. Poważnie, aż nie chciało się tego miejsca opuszczać… Miałam to szczęście, że akurat było przed nawoływaniem do modlitwy i powoli już zamykali, więc prawie nie było ludzi i można było spokojnie delektować się tam ciszą i po prostu być. Kiedy wychodziłyśmy z Anią jako ostatnie, zobaczyłyśmy panią w burce ubraną całą na czarno, która miała oszałamiające buty i torebkę. Stała przy nas i spytała czy coś potrzebujemy bo wpatrywałyśmy się w nią jak sroka w kość. Spod siatki na twarzy widać było bowiem przepiękną, uśmiechniętą kobietę i do tego z  perfekcyjnym makijażem przy upale 42 stopni! (Jak to możliwe?!) Odpowiedziałam więc: „I have to tell you this, but you have awesome shoes!” „And the bag, too” dodała Ania. Na co urocza Muzułmanka odpowiedziała „Ooo, thank you very much!. You made my day”. Taka prosta wymiana słów między kobietami z różnych kultur, krajów, narodowości i religii. Zwykły uśmiech i szczery komplement, tylko tyle wystarczyło aby umilić nie znanej nam osobie dzień…

 Pałacu szejka niestety z przyczyn niezależnych od nas nie zobaczyliśmy, więc pojechaliśmy już prosto na tor. Tam dla fanów dużej ilości koni mechanicznych były specjalne urządzenia, które po naciśnięciu odtwarzały dźwięk jaki wydobywa się spod maski bolida. Well, dla kobiet żaden szał, ale panowie puszczali sobie to nawet po kilka razy ;)
Jedzenie kupiliśmy oczywiście na wynos, dzięki Bogu w samochodzie można było jeść.
Nasz kierowca mnie rozczulił, bo równo o 19.15 zjechał na stację benzynową. Myśleliśmy, że chce znowu zatankować ( aporopo’s litr benzyny kosztuje tu aż 1,9 zł :), a on poszedł sobie kupić wodę… Trzymał post zgodnie z Ramadanem, woził nas cały dzień w kosmicznym upale, nic nie jadł i nie pił równo do zachodu słońca…
Wracając do domu oprócz całej plejady najdroższych aut na świecie mijał nas także wyluzowany pan, który miał nogę na kierownicy, czyli w języku jogowym dobrze otwarte bioderka ;) I tak tu co trzeci jeździł. Ot, taki Abu Dabi drive style :)
Dzień drugi naszego pobytu był długi i gorący. Wieczorem oczywiście joga. Musiałam wprowadzić grupę delikatnie w wygięcia, gdyż jedna z moich uczennic była pewna, że są dopiero jutro rano, a ponieważ ich nie lubi, to powiedziała, że nie przyjdzie. A tu dzisiaj miałam dla niej niespodziankę. Eee… lepiej w życiu nic nie zakładać, Wszechświat i tak dla wszystkich ma swój plan….
Miss Joga

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza